Strasznie mi smutno.
Zastanawiam się, czy to mi naprawdę pomaga, czy tylko chciałam w to uwierzyć i było dobrze przez jakiś czas. Może wreszcie zdałam sobie sprawę z tego, że ja zwyczajnie nie daję sobie pomóc. Może chcę dalej tak żyć niszcząc siebie. Bo ja mam dość, zbyt często.
Ale ja się chyba nie cofam, to tylko zły dzień, prawda?
Powinnam o tym mówić, ale jak zwykle nie dam sobie pomóc. Łatwiej jest trzymać wszystko w sobie. Słowa nie przechodzą mi przez gardło. Nawet płakać już nie umiem, a kiedyś było to najlepszym lekarstwem. No, może najlepszym, w połączeniu z.. nanana. Skupianiem się na bólu fizycznym, żeby odgonić ten psychiczny. Dlaczego ja pozwoliłam sobie upaść tak nisko? Przecież ja się nigdy nie podniosę. Nie wyobrażam sobie życia, jeśli mam codziennie czuć się tak samo. Staram się zmieniać myśli, ale do cholery, wciąż nic nie działa. A przynajmniej nie tak, jak bym chciała.
Mam dość relacji z ludźmi, którzy są tak paskudnie fałszywi. Obiecują obecność i znikają już następnego dnia, zabierając przy tym (duży) kawałek mojego szczęścia. Nawet nie wiem, ile go jeszcze zostało i czy zdoła mnie uchronić przed tym wszystkim, co mnie jeszcze czeka.
Przytyłam? I co z tego? … No jak to co, wyglądasz jak świnia, musiałaś kupić spodnie w rozmiarze L i niedługo znowu na wadze pierwszą cyfrą będzie szóstka. I potem zabawa zacznie się od nowa. Całe to pseudo odchudzanie, płacz przed lustrem i rzucanie wyzwisk w swoją stronę. Zmniejszenie liczby posiłków i powrót do intensywnych ćwiczeń. I upadniesz. Znowu. Utoniesz w bagnie po uszy, bo nie dajesz sobie pomóc. Znowu sprawisz, że wszyscy będą się martwić, a ty będziesz miała to w dupie i będziesz krzywdzić ich dalej, bo przecież wszystko jest w porządku.
ZROZUM, ŻE NIE JESTEŚ SAMA I TAK NAPRAWDĘ CHCESZ ŻYĆ, TYLKO BRAKUJE CI ODWAGI.
A może jednak nie chcesz?
Zniknij już. Odejdź. Idź sobie.
Zastanawiam się, czy to mi naprawdę pomaga, czy tylko chciałam w to uwierzyć i było dobrze przez jakiś czas. Może wreszcie zdałam sobie sprawę z tego, że ja zwyczajnie nie daję sobie pomóc. Może chcę dalej tak żyć niszcząc siebie. Bo ja mam dość, zbyt często.
Ale ja się chyba nie cofam, to tylko zły dzień, prawda?
Powinnam o tym mówić, ale jak zwykle nie dam sobie pomóc. Łatwiej jest trzymać wszystko w sobie. Słowa nie przechodzą mi przez gardło. Nawet płakać już nie umiem, a kiedyś było to najlepszym lekarstwem. No, może najlepszym, w połączeniu z.. nanana. Skupianiem się na bólu fizycznym, żeby odgonić ten psychiczny. Dlaczego ja pozwoliłam sobie upaść tak nisko? Przecież ja się nigdy nie podniosę. Nie wyobrażam sobie życia, jeśli mam codziennie czuć się tak samo. Staram się zmieniać myśli, ale do cholery, wciąż nic nie działa. A przynajmniej nie tak, jak bym chciała.
Mam dość relacji z ludźmi, którzy są tak paskudnie fałszywi. Obiecują obecność i znikają już następnego dnia, zabierając przy tym (duży) kawałek mojego szczęścia. Nawet nie wiem, ile go jeszcze zostało i czy zdoła mnie uchronić przed tym wszystkim, co mnie jeszcze czeka.
Przytyłam? I co z tego? … No jak to co, wyglądasz jak świnia, musiałaś kupić spodnie w rozmiarze L i niedługo znowu na wadze pierwszą cyfrą będzie szóstka. I potem zabawa zacznie się od nowa. Całe to pseudo odchudzanie, płacz przed lustrem i rzucanie wyzwisk w swoją stronę. Zmniejszenie liczby posiłków i powrót do intensywnych ćwiczeń. I upadniesz. Znowu. Utoniesz w bagnie po uszy, bo nie dajesz sobie pomóc. Znowu sprawisz, że wszyscy będą się martwić, a ty będziesz miała to w dupie i będziesz krzywdzić ich dalej, bo przecież wszystko jest w porządku.
ZROZUM, ŻE NIE JESTEŚ SAMA I TAK NAPRAWDĘ CHCESZ ŻYĆ, TYLKO BRAKUJE CI ODWAGI.
A może jednak nie chcesz?
Zniknij już. Odejdź. Idź sobie.
Przepraszam?
No comments:
Post a Comment